10 kwietnia 2017

Rozdział XVII - Decyzja

Od dobrych kilkunastu minut siedziałem oparty plecami o ścianę. Przymknąłem oczy, aby chociaż na chwile móc się oderwać od tego przeklętego miejsca. Nie sądziłem, że uda mi się zasnąć, dlatego nawet nie próbowałem się położyć. Potrzebowałem chwili na ułożenie sobie wszystkiego w głowie. Im bardziej próbowałem się skupić na ułożeniu, chociażby namiastki planu ucieczki przed Szczurowatym i resztą szajki, tym bardziej moje myśli pochłaniały inne tematy. Malia, po parzenicy, dziwny status niejednoznaczny, Malia, Charlie i jego "Denver", Malia, nieznana nikomu Brenda i znowu Malia. Wiedziałem o czym ona, Thomas i Charlie rozmawiają w sąsiednim pomieszczeniu. Wiedziałem też, że oboje zgodzą pójść do Denver, aby odzyskać wspomnienia. Nawet, jeśli jest to strasznie niebezpieczne i praktycznie niemożliwe, spróbują. Oboje mieli tendencję do poświęcania się za innych. W Strefie niektórzy uważali podobne działanie za bohaterstwo, jednak dla większości byłaby to totalna głupota. Skoro nie masz gwarancji powodzenia danego planu, po co ryzykować, chociażby minimalną stratę? Typowy tok myślenia przeciętnego Strefera. Teraz jednak gra toczyła się o coś ważniejszego, niż wszystko z czym dotychczas mieliśmy do czynienia. Odzyskanie wspomnień w ich przypadku to szansa na wynalezienie leku i ocalenie ludzkości. Chyba tego warte jest poświęcenie dwóch osób, mając na uwadze, że można uratować miliony? Owszem, ale dlaczego do cholery to musieli być oni? Dlaczego Malia i Thomas są tak wyjątkowi? Dlaczego za każdym razem los próbuje odebrać mi wszystkich na których mi zależy?
– Purwa Minho, zamknij się! – krzyknąłem podrywając się z ziemi. Miałem serdecznie dość jego kłótni z Evanlyn, która trwała nieprzerywalnie od kilkunastu minut.
Aris i Teresa, którzy siedzieli w kącie, wyraźnie nad czymś dyskutując, spojrzeli na mnie jak na idiotę. Zacisnąłem pięści z trudem powstrzymując się przed kolejnym wybuchem. Nie miałem pojęcia co się ze mną działo. Ostatnio coraz częściej wszystko wyprowadzało mnie z równowagi. Zerknąłem na Minho, a widząc wyraz jego twarzy, spuściłem wzrok i napięcie się odwróciłem. Ruszyłem w stronę wyjścia z głównej hali w której się znajdowaliśmy. Dość szybkim krokiem przeszedłem krótki korytarz i wszedłem do jednego ze sklepów, a raczej tego co z niego zostało. Usiadłem w fotelu i ukryłem twarz w dłoniach. Od dwóch dni czułem się dziwnie. Nie potrafiłem zapanować nad agresją, wszystko zaczynało mnie denerwować. Czułem, że coś się zmienia. Nie wiedziałem tylko co, ani tym bardziej czym to jest spowodowane. Westchnąłem cicho i sięgnąłem do kieszeni bluzy. Dopiero teraz przypomniałem sobie o notatniku Malii, który zabrałem z jej pokoju w siedzibie. Nadal dziwnie się czułem przeglądając jej osobiste zapiski, ale ciekawość zwyciężyła. Otworzyłem notes, tym razem na pierwszej stronie i zacząłem czytać. Z każdą kolejną stroną, każdym zdaniem, zaczynałem ją coraz bardziej rozumieć. Malia pisała o wszystkim, ale w taki sposób że opis zwykłego śniadania w stołówce, wydawał mi się nadzwyczaj ciekawy. Poczułem dziwne ciepło w okolicach serca, gdy moje imię zaczęło pojawiać się coraz częściej w jej zapiskach. Nasze pierwsze spotkanie, którego nie pamiętałem. Potajemne spotkania, nauka gry na gitarze...nawet nie wiedziałem że potrafię grać. Podniosłem wzrok znad notesu i nerwowo przeczesałem dłonią włosy. Od początku Malia wiele ryzykowała angażując się w znajomość ze mną. Część kłopotów o których pisała, musiało mieć z tym bezpośredni związek. Przekręciłem kartkę i ponownie zatopiłem się w lekturze. Nie wiem ile czasu minęło, ale gdy skończyłem czytać, usłyszałem wołanie Minho. Siedziałem nieruchomo, nie mogąc wydusić z siebie nawet słowa. Dowiedziałem się tak wiele, chyba aż za wiele, ale jedna informacja złamała mi serce. Od początku wiedziałem, że coś jest ze mną nie tak. Odkąd pojawiliśmy się w siedzibie, po pierwszym badaniu, do tego ten "status niejednoznaczny". Nie jestem odporny. Nigdy nie byłem. Ta przeklęta Pożoga zapewne już zaczyna zżerać mnie od środka.
– Newt! Newt, purwa! – Minho złapał mnie za ramiona i mocno potrząsnął. - Dobrze się czujesz?
– Bywało lepiej – mruknąłem siląc się na obojętny ton. Wsunąłem notatnik do kieszeni, starając się uspokoić. Ciekawe jak zareagowałby Minho wiedząc, że obok niego stoi Poparzeniec. Może jeszcze nie do końca, ale już prawie.
– Zacząłem się już niepokoić – Minho uśmiechnął się przesadnie i oparł dłonie na biodrach.
– Wyglądasz jak Patelniak, gdy Chuck wypluł jego jabłecznik – mruknąłem podnosząc się z miejsca.
– Nie jestem, aż tak brzydki - zaprotestował Minho.
– Tak sobie wmawiaj – odparłem, wymuszając uśmiech.
******
– Dlaczego mamy się tak po prostu na to zgodzić? – spytał Thomas patrząc wprost na Charlie'go.
Zrezygnowany brunet oparł się łokciem o ścianę i głośno westchnął.
– Już wam tłumaczyłem, to jedyne wyjście.
– Jest mały problem. Ja nadal ci nie ufam. O ile ja mogę zgodzić się na ten plan, o tyle Malia nigdzie nie pójdzie.
- Tommy! - zaprotestowałam podchodząc do brata. – Wiesz, że nigdzie nie puszczę cię samego. Zresztą jesteśmy tam potrzebni oboje!
– Malia, nie mamy żadnej pewności, że DRESZCZ nie obstawił całej drogi do Denver. Mogą na nas czekać na każdym kroku. Nie możemy, aż tyle ryzykować! Wystawiamy się na ostrzał. Chcesz walczyć z milionami uzbrojonych bez pistoletu? – Thomas wyglądał na przejętego, a jednocześnie zażenowanego całą sytuacją.
– Możemy pomóc wszystkim chorym...oni mogą żyć dzięki nam – powiedziałam cicho, patrząc bratu prosto w oczy.
– Wiem Malia, wiem. Przecież chciałbym im pomóc, ale nie mamy pewności czy to nie jest kolejny test z ich strony. Co jeśli my odejdziemy, a Newt'a, Minho i Terese zgarnie DRESZCZ? Co z Arisem i Evanlyn?
– Masz rację – powiedziałam cicho i przeniosłam wzrok na Charlie'go, który wyraźnie nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
– Nadal mi nie ufacie? - spytał niby od niechcenia.
– Nie ufaj nikomu, nawet sobie. Tego nauczył mnie DRESZCZ. Nie brzmi znajomo? – warknął Thomas i z nerwów kopnął stojący po jego prawej stronie pojemnik. Zielony kubeł potoczył się po podłodze, robiąc sporo hałasu. Przez kilka sekund obserwowaliśmy go, jak jakieś dzieło sztuki. Jako pierwsza otrząsnęłam się z chwilowego amoku.
– Daj nam jeden powód, żebyśmy bez wahania zgodzili się na ten plan – powiedziałam stanowczo, patrząc chłopakowi prosto w oczy.
Charlie zrobił parę kroków na przód, a wyraz jego twarzy nieco złagodniał. Uważnie obserwowałam każdy jego ruch, niecierpliwie czekając na odpowiedź. Z jednej strony chciałam, aby poddał nam jeden argument, którego nie będziemy w stanie przebić, a z drugiej już sama nie wiedziałam, czy chce znowu ryzykować. Może udałoby się nam uciec przed DRESZCZ-em? Schowalibyśmy się gdzieś daleko i poczekalibyśmy, aż wszystko się ułoży. Przynajmniej bylibyśmy bezpieczni. Wszyscy. Ale czy istniało takie miejsce? Czy istniało miejsce w którym DRESZCZ nas nie znajdzie?
Czy umiałabym żyć wiedząc, że mogłam komuś pomóc, a tego nie zrobiłam?
– Newt – powiedział niespodziewanie Charlie, czym wyrwał mnie z zamyślenia.
–  Co Newt? – szybko spytał Thomas.
– To wasz powód.
– Purwa, naprawdę zaraz zrobię ci krzywdę. Mów jaśniej do cholery! – krzyknął Thomas, podbiegając do chłopaka. Niemal w ostatniej chwili, udało mi się wskoczyć pomiędzy nich.
– O co ci chodzi? Co Newt ma z tym wspólnego? – spytałam starając się zachować spokój, jednak marnie mi to wychodziło. Czułam rosnący niepokój i wręcz byłam pewna, że odpowiedź, którą usłyszę będzie zła.
– Może teraz jeszcze nie potrzebuje pomocy, ale za jakiś czas będzie mu potrzebna, gwarantuje - Charlie spojrzał najpierw na Thomasa, a potem na dłużej zatrzymał wzrok na mnie. - Chyba ci na nim zależy? – dodał zwracając się bezpośrednio do mnie.
– Zabije cię! – warknął Thomas i mimo, że próbowałam go zatrzymać, rzucił się na Charlie'go z pięściami.
– Przestańcie! - krzyknęłam próbując ich rozdzielić. Po trwającej chwilę szarpaninie z której Thomas, wyszedł bez szwanku, a Charlie z krwawiącym nosem, sytuacja wydawała się być opanowana. Charlie podniósł się z ziemi i ocierając krew z nosa i warg, posłał Thomasowi zabójcze spojrzenie.
– On nie jest odporny! - krzyknął z dziwną satysfakcją.
– Co? To nie może być prawda - powiedziałam cicho, czując że kolana się pode mną ugięły.
- Kłamiesz! - wycedził przez zaciśnięte zęby Thomas. – Jakim cudem znalazłby się w Strefie, gdyby rzeczywiście tak było?
– Przez nią - mówiąc to Charlie wskazał głową na mnie. – Tak bardzo chciała go ratować, że wymyśliła obiekty testowe. W obu grupach umieszczano kilku nieodpornych, rzekomo aby badać ich reakcje. Tak naprawdę żadne z uzyskanych kodów nie były nic warte, a kanclerz Paige zgodziła się na ten plan tylko, dlatego że od zawsze miała do was dziwną słabość.
– To, że Newt nie jest odporny, nie znaczy że jest zarażony - powiedziałam szybko, ignorując słowa Charlie'go.
- Może i nie był zarażony, aż do momentu gdy trafiliście do siedziby...
Thomas prychnął i zacisnął dłonie w pięści.
- Zaraziliście go specjalnie? Tylko po to, żebyśmy zgodzili się na twój plan! Zamorduje Cię słyszysz, pieprzony zdrajca!
Przez chwilę w kompletnej ciszy patrzyłam na brata, próbując przeanalizować to co powiedział. Wszystko miało sens! Charlie nas wykorzystał, a ja tak łatwo mu zaufałam! Miał nam pomóc, a perfidnie nas wykiwał. Zamachnęłam się i wymierzyłam mu siarczysty policzek, a potem to ja rzuciłam się na niego. Okładałam go pięściami na oślep. Krzyczałam, biłam, szarpałam. O dziwno nawet nie próbował się bronić. Odsunęłam się od niego i upadłam na kolana, nie mogąc powstrzymać płaczu. Chwilę później przed oczami mignęła mi znajome sylwetki. Najwyraźniej w pomieszczeniu pojawili się zaalarmowani naszymi krzykami Teresa i Aris. Kompletnie zdezorientowani patrzyli na naszą trójkę, zapewne próbując pojąć co tu się wydarzyło.
– Teresa zabierz Malie - powiedział stanowczo Thomas, chociaż jego głos zaczął się łamać. - Aris zostań, musisz mi pomóc.
– Mal, chodź - Teresa poddała mi dłoń i objęła ramieniem, aby pomóc mi wyjść z pomieszczenia. Zanim wyszłam z hali, posłałam Charlie'mu piorunujące wrażenie. Ja naprawdę mu zaufałam. Tymczasem on... od początku o wszystkim wiedział. I nie robił nic, aby temu zapobiec. Pozwolił, żeby zakazili Newta Pożogą. Pozwolił na to! W ogóle jak mogli coś takiego zrobić? Nie mogli z nami porozmawiać? Musieli posuwać się do czegoś takiego? Newt... przecież on niczemu nie zawinił. Znalazł się w Strefie przeze mnie! To ja wciągnęłam go do tej pieprzonej gry. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek, albo cokolwiek mi go odebrało. Poruszę niebo i ziemię, ale znajdę ten przeklęty lek i wszystko będzie dobrze. A może Newtowi uda się walczyć z tym wirusem? A może niczym go nie zakazili, a Charlie mówi tak tylko po to, żeby zmusić nas do realizacji jego planu?
Tak bardzo chciałam w to wierzyć, ale wszystko układało się w logiczną całość. Nalegałam, żeby Newt wziął udział w próbie. Nie chciałabym go tam wsadzić bez konkretnego powodu. To wszystko moja wina. Otarłam dłonią łzy, próbując się uspokoić. Nie wiedziałam gdzie jest Newt i Minho, a nie chciałam pokazywać, że coś jest nie tak.
- Co się stało? - spytała Teresa nie potrafiąc ukryć ciekawości.
- Charlie nas wystawił - powiedziałam cicho i usiadłam pod ścianą, podciągając kolana pod brodę. Teresa usiadła obok mnie, zapewne licząc że w ten sposób uzyska więcej informacji.
– Ale...
– Thomas ci wyjaśni - urwałam i z nerwów zacisnęłam lewą dłoń, na prawym nadgarstku.
– Hej, co się stało? - spytała Evanlyn, która pojawiła się nie wiadomo skąd, a może cały czas tu była tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy?
– Dajcie mi wszyscy spokój - warknęłam, zrywając się z miejsca. Chciałam zostać sama, uciec jak najdalej stąd. Najlepiej zasnąć i obudzić się w innym świecie. W miejscu gdzie nie ma tej cholernej Pożogi, a Newt jest zdrowy i nic mu nie grozi. Puściłam się biegiem w jedyny w miarę oświetlony korytarz. Mimo, że próbowałam zachować spokój, oczy ponownie mi się zaszkliły. Dlaczego to wszystko musiało się tak skomplikować? Jak miałam powiedzieć Newtowi, że nie jest odporny? Jak miałam mu pomóc? I ta cholerna, dobijająca świadomość że to wszystko moja wina. Otarłam policzki z łez i w tym samym momencie na kogoś wpadłam. Spojrzałam w górę i cicho westchnęłam.
– Ja wiem, że bardzo mnie kochasz, podejrzewałem że na mnie "lecisz", ale Malia...powinnaś się z tym kryć - rzucił w swoim stylu Minho, jednak gdy zobaczył wyraz mojej twarzy, natychmiast spoważniał.
– Co się stało?
Przez chwilę nie mogłam się odezwać. Próbowałam otworzyć usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
– Charlie... oszustwo... zdrajca - wyjąkałam, nie potrafiąc zbudować normalnego zdania.
– Co? - Minho delikatnie potrząsnął moimi ramionami.
– Thomas ci wyjaśni - dodałam. – Gdzie jest Newt?
Minho  nie ukrawał złości, a zaciśnięte pięści świadczyły tylko o tym, że Charlie może nie przetrwać tego spotkania.
– Poszedł się przejść, poszukaj go i koniecznie wracajcie na hale. Musimy zdecydować co dalej.
Pokiwałam głową i wyminęłam przyjaciela. Wzięłam kilka głębokich oddechów, próbując skupić myśli na Newtcie. Gdzie on mógł pójść? Najprościej będzie, jeśli wrócę do głównego holu. Tam powinnam go znaleźć.

******

Od kilku minut, siedziałem obok wyjścia z dawnego centrum w którym się znajdowaliśmy. Udało mi się spławić Minho, miałem chwilę czasu, aby wszystko dokładnie przemyśleć. Muszę ich zostawić, to jedyne słuszne wyjście. Odejść, za nim zrobię komuś z nich krzywdę. Widziałem Poparzeńców, widziałem jak się zachowują. Świadomość, że stanę się jednym z nich, sprawiała że miałem ochotę zabić się już teraz. Nie potrafiłem pojąć, że za kilka tygodni, miesięcy nie będę pamiętał moich przyjaciół. Minho, Thomas, Malia... każde z było dla mnie ważne. Nie umiałbym ich narażać, jakbym się czuł gdybym zrobił któremuś z nich krzywdę? Nawet, jeśli bardzo chciałbym nad sobą panować, nie miałem żadnych szans. Nie było we mnie nic wyjątkowego. Prędzej czy później ulegnę, tej cholernej Pożodze. Musiałem odejść. Wolałem, żeby uznali mnie za tchórza i pomyśleli, że uciekłem, niż dowiedzieli się prawdy. Nie zostawiliby mnie samego, wiedziałem o tym i właśnie dlatego nie chciałem, żeby się dowiedzieli. Chcieliby mnie ratować, narażając własne życie, a tego nie chciałem. Nie mogłem na to pozwolić. Już chwilę temu powinienem stąd wyjść, nawet nie odwracając się do tyłu. Ale nie mogłem, nie potrafiłem tego zrobić. Do cholery co było ze mną nie tak? Świadomość, że nigdy więcej nie zobaczę Minho i Thomasa przyprawiała mnie o dreszcze. A Malia? Teraz gdy byłem pewien swoich uczuć, teraz gdy chciałem wszystko zmienić... Nie mogłem, nie powinienem jej teraz o tym mówić. Będzie nam jeszcze ciężej... Czułem rosnącą gulę w gardle. Pieprzony DRESZCZ, pieprzona Pożoga, pieprzony świat! Podniosłem się z miejsca i poprawiłem ramiączko plecaka, popychając wolną dłonią, pozostałości po drzwiach.
– Zostawiasz nas?
Zastygłem w miejscu, biorąc głęboki oddech. Malia. Dlaczego akurat ona? Dlaczego tu przyszła? Dlaczego w tej chwili.
– Dlaczego? - spytała dziwnie spokojnie.
Stałem odwrócony do niej plecami, ale byłem przekonany, że posłała mi jedno ze swoich najsmutniejszych spojrzeń.
– Newt...
W tym momencie nie wytrzymałem. Wiedziałem, że jeśli się teraz odwrócę, nie będę potrafił obejść tej sytuacji emocjonalnie. Gdy tylko spojrzałem w jej oczy, poczułem ukłucie w sercu. Nie chciałem, żeby była smutna. Nie chciałem, zrobić czegokolwiek co może ją zranić. Przez chwilę staliśmy bez ruchu w kompletnej ciszy, patrząc sobie prosto w oczy. W pewnym momencie Malia, podeszła i mocno mnie przytuliła.
– Nie rób tego... - powiedziałem cicho, chociaż najchętniej nie wypuszczałbym jej z objęć.
Malia odsunęła się na krok i zagryzła wargę.
– Czego?
– Nie utrudniaj... - szepnąłem.
– Co się stało? - spytała łapiąc mnie za rękę.
Wbrew sobie wyrwałem dłoń i spuściłem głowę.
– Czegoś się dowiedziałem...muszę was zostawić... tak będzie lepiej... - wydusiłem odwracając się do niej plecami.
Nawet nie wiedziała ile mnie to kosztowało. Zrobiłem dwa kroki w przód, gdy ponownie się odezwała.
– Wiem o wszystkim - powiedziała łamiącym się głosem.
Nie wiedziałem skąd Malia mogła się dowiedzieć prawdy, ale czułem że myślimy o tym samym.
– Więc wiesz, że muszę odejść... - powiedziałem cicho.
W tym samym momencie stało się coś czego kompletnie się nie spodziewałem.
– Ty skończony kretynie! Ty idioto! - Malia zaczęła pięściami w mój tors. – To nic zmienia! - krzyknęła powstrzymując szlochanie. Złapałem jej nadgarstki, zmuszając aby na mnie spojrzała.
– To zmienia wszystko. Wiesz co się ze mną...
– Kocham Cię - szepnęła, kompletnie zbijając mnie z tropu.
– Co? - spytałem niezwykle inteligentnie.
– Kocham Cię! - powtórzyła stanowczo i spojrzała mi prosto w oczy.
Walczyłem z samym sobą, w środku miałem ochotę skakać z radości, ale obecna sytuacja kazała zachować powagę. Spuściłem wzrok, ale gdy tylko moje tęczówki z powrotem napotkały jej spojrzenie, coś we mnie pękło. Niepewnie musnąłem jej wargi, wiedząc że w ten sposób zamykam sobie jedną z dróg.
– Ja Ciebie też - wyszeptałem po chwili.
Teraz już nie będę umiał jej zostawić.


                                    


******
Wiem, że trochę mnie tu nie było, a Wy macie prawo być źli. Przepraszam, powód mojej abstynencji, wyjaśniłam we wcześniejszej notce. Co do rozdziału - jest jaki jest. Miał być inny, ale po przerwie zmieniłam odrobinę koncepcję. Mam wrażenie, że wyszedł dość marnie, a więcej emocji znajdziecie w jedzeniu rosołu. :( Trudno mam nadzieję, że jakoś przez to przebrniecie, a ja obiecuje, że następny rozdział pojawi się szybciej, niż ten i będzie lepszy, niż ten. :) Pozdrawiam i mam nadzieję, że zostawicie po sobie ślad w komentarzu. :)
Template by Elmo